Zdjął pasek i zacisnął go wokół nogi Beth ponad wyszarpaną dziurą. Ktoś jęknął. Za skrzynią na śmieci poruszył się jakiś cień. Powoli postać usiadła i Decker zadrżał z ulgą, gdy dotarło do niego, że Esperanza przeżył. Decker! To nie był głos Esperanzy. Deckerowi tak dzwoniło w uszach, że miał problem z określeniem kierunku, z którego nawoływał głos. Decker! Wtedy Decker pojął. Rozejrzał się ponad płomieniami, które odbijały się w kałużach stojących na parkingu. W ulicy naprzeciwko warczał cicho pontiac McKittricka. Gruz odgradzał go od wjazdu na parking. Samochód był ustawiony tak, że okno od strony kierowcy wychodziło na motel. McKittrick musiał wrócić za Deckerem do miasta. Jego twarz, wykrzywiona wściekłością, wychylała się przez otwarte okno. Trzymał detonator i wrzeszczał: Mogłem go zdetonować, kiedy byłeś w środku! Ale to zbyt łatwe! To dopiero początek! Oglądaj się zawsze za siebie! Pewnej nocy, kiedy będziesz się tego najmniej spodziewał, wysadzimy ciebie i tę twoją sukę w powietrze! Gdzieś daleko zawyła syrena.

(Reklama: , domeny )